Borussia Dortmund jak walec. Duża strata Bayernu

Borussia Dortmund jak walec. Duża strata Bayernu

Kolejny spektakularny mecz Borussii Dortmund. Gdyby wykorzystała chociaż połowę okazji, to wygrałaby z Werderem Brema znacznie wyżej niż 2:1. Przewaga nad Bayernem Monachium wynosi już dziewięć punktów. Poważnych błędów ustrzegł się Łukasz Piszczek.

Mecze Borussii oglądało się dotąd z przyjemnością. To aktualnie bodaj najbardziej widowiskowy futbol w Europie. Piorunujące przejście z ataku do obrony, błyskotliwi skrzydłowi, ruchliwy, niezmordowany i diabelsko skuteczny Paco Alcacer. Dortmundczycy zgarniali punkty w efektownym stylu, nie męczyli oczu. W tabeli Bundesligi prowadzili z dużą przewagą nad Bayernem i zmierzali po pierwszy tytuł od sześciu lat. Każda drużyna przyjeżdżała do Dortmundu z sercem w gardle, bo bilans BVB był dotąd imponujący - sześć zwycięstw i jeden remis.

Werder na własnej skórze przekonał się, jak potężną drużynę stworzył Lucien Favre. Po 45 minutach mógł przegrywać pięcioma bramkami i piłkarze z Bremy nie mieliby podstaw, by mówić o niesprawiedliwym wyniku. Jadon Sancho i Raphael Guerreiro co rusz napędzali akcje BVB, w środku dowodził Marco Reus, niezbyt zwrotni obrońcy Werderu mieli trzy światy z Paco Alcacerem. Hiszpan powinien ustrzelić hat-tricka jeszcze przed przerwą, ale tylko raz znalazł sposób na Jiriego Pavlenkę. Defensywa stanęła jak zahipnotyzowana i Hiszpan wpakował piłkę do siatki.

Borussia nacierała jak wściekła szarańcza. Przechwyt w środku pola i od razu 3-4 piłkarzy na widoku. W ten sposób padł drugi gol, bo zanim Nuri Sahin zorientował się, że do przodu ruszyła chmara rywali, to Reus już strzelał obok bezradnego Pavlenki.

Może poszło nawet za łatwo, bo Werder jeszcze przed przerwą zdołał się odgryźć. Obrońcy, w tym Łukasz Piszczek, praktycznie nie dopuszczali do swojego pola karnego, więc zasieki trzeba było wziąć sposobem. Max Kruse spróbował szczęścia z dystansu, uderzył bez przyjęcia i pewnie sam siebie zaskoczył, bo na dziesięć takich strzałów przynajmniej osiem wylądowałoby w trybunach, a jeden w rękach Romana Burkiego.

Zanim Borussia oprzytomniała, Kruse jeszcze mógł doprowadzić do remisu. I wprawiłby wszystkich w osłupienie, bo nic nie wskazywało, że mecz tak się potoczy. Po chwili to samo, tylko dzięki przytomności Piszczka nie zrobiło się 2:2.

Liderzy tabeli w końcu wrócili na normalne obroty. Grali pięknie, nacierali, ale byli nieskuteczni. Reus dwukrotnie ostemplował bramkarza, Sancho spudłował do "pustaka", Alcacer niepotrzebnie dzielił się piłką z kolegami zamiast wykonać wyrok. Robota paliła się Pavlence w rękach, obrońcy dostawali oczopląsu po dryblingach Sancho.

Werder jakoś przetrwał nawałnicę i rzucił wszystkie siły. Borussia osłabła i mniej więcej od 70. minuty marzyła o prysznicu. Momentami zrywała się do ataku, tak jak w doliczonym czasie gry, gdy Mario Goetze strzelił gola, ale po spalonym. Choć wynik tego nie oddaje, był to kolejny ofensywny popis BVB.

Borussia Dortmund - Werder Brema 2:1 (2:1)
1:0 - Paco Alcacer 19'
2:0 - Marco Reus 28'
2:1 - Max Kruse 35'

Borussia: Roman Buerki - Łukasz Piszczek, Manuel Akanji, Abou Diallo, Achraf Hakimi, Axel Witsel, Thomas Delaney, Jadon Sancho (90+3' Maximilian Philipp), Raphael Guerreiro (89' Christian Pulisic), Marco Reus, Paco Alcacer (81' Mario Goetze)

Werder: Jiri Pavlenka - Theo Gebre Selassie, Sebastian Langkamp, Niklas Moisander, Ludwig Augustinsson, Nuri Sahin, Maximillian Eggestein (83' Joshua Sargent), Davy Klaasen (18' Kevin Moehwald), Max Kruse, Martin Harnik, Milot Rashica (73' Yuya Osako)

Żółte kartki: Delaney (Borussia) oraz Langkamp, Harnik, Moehwald, Sargent (Werder)

źródło: wp.pl