Kim jest Markus Weinzierl, nowy trener VfB Stuttgart?

Kim jest Markus Weinzierl, nowy trener VfB Stuttgart?

Uchodził za jednego z najzdolniejszych trenerów niemieckiej młodej fali. Jego kariera runęła jednak w Gelsenkirchen w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy. W Stuttgarcie Markus Weinzierl postara się ją odbudować.

Markus Weinzierl został we wtorek nowym trenerem VfB Stuttgart. Zastąpił na tym stanowisku zwolnionego w niedzielę Tayfuna Korkuta 43-letni trener prowadził wcześniej Jahn Ratyzbona, FC Augsburg i Schalke 04 Zarówno dla klubu, jak i dla trenera, rozpoczęcie współpracy wydaje się bardzo sensowną decyzją

„To tchórz. Gdyby dalej pracował w Schalke, spadłby do 2. Bundesligi. Powiedział mi, że muszę sobie szukać nowego klubu. - Naprawdę myślisz, że zostaniesz tu dłużej ode mnie? - odpowiedziałem. Gdyby został, nie byłoby mnie tutaj“. Rzadko kiedy czynny piłkarz wypowiada się o byłym trenerze tak źle, jak Jewhen Konopljanka o Markusie Weinzierlu. Rzadko kiedy trener, o którego zatrudnieniu marzy większość klubów w kraju, tak szybko zyskuje łatkę nieudacznika. 43-latek został we wtorek oficjalnie ogłoszony nowym szkoleniowcem VfB Stuttgart, gdzie zastąpił zwolnionego w niedzielę Tayfuna Korkuta. Dla dalszej kariery tego trenera w Bundeslidze to praca z serii „wóz albo przewóz“.

Sukces w pierwszej stacji

Przez lata Bawarczyk uchodził za trenera, któremu wszystko się udaje. Miał trzydzieści cztery lata, gdy po raz pierwszy samodzielnie objął drużynę. Pracował wtedy w prowincjonalnym Jahnie Ratyzbona, w którym kończył niezbyt udaną piłkarską karierę. Grał wprawdzie w barwach Bayernu Monachium, ale tylko w zespole rezerw, choć kilka razy, pod koniec lat dziewięćdziesiątych, siedział na ławce w Bundeslidze. Najwyżej grał jednak w drugiej lidze w barwach Stuttgarter Kickers, SpVgg Unterhaching czy Jahna, ale przez większość czasu był jednak piłkarzem III-ligowym. Jako trener szybko miał się z tej ligi wybić. W Ratyzbonie musiał sobie radzić z zespołem, który miał budżet nieprzystający do tej ligi i nie najwyższe umiejętności piłkarskie. Wytrwał jednak całe cztery lata, zwieńczone sensacyjnym awansem do 2. Bundesligi. W niej już jednak nie popracował, bo bogatszy sąsiad z Augsburga miał co do niego inne plany.

Z Augsburgiem do pucharów

Cztery lata w Augsburgu przypominały czas spędzony w Ratyzbonie. Znów miał mniejsze możliwości, niż reszta ligi, znów grał piłkarzami, którzy w innych klubach nie mieliby miejsca i znów odnosił sukcesy. Kluczowy moment jego kariery nastąpił w grudniu 2012 roku. Augsburg rozgrywał wtedy drugi sezon w Bundeslidze. Kilka miesięcy wcześniej do Berlina odszedł Jos Lukukay, trener, który jako pierwszy wprowadził FCA do najwyższej ligi i go w niej utrzymał. Weinzierl pierwsze miesiące miał arcytrudne. Drużyna po rundzie jesiennej zajmowała przedostatnie miejsce, z ledwie dziewięcioma punktami w dorobku. Klub zdecydował się jednak zmienić nie trenera, a dyrektora sportowego. Ze Stefanem Reuterem Weinzierl stworzył na lata zgrany duet, który wyciskał z Augsburga ostatnie soki. W rundzie rewanżowej debiutanckiego sezonu zespół ze Szwabii uzbierał dwadzieścia cztery punkty i w ostatniej chwili utrzymał się w lidze. Rok później był ósmy, a dwa lata później piąty, co do dziś stanowi najlepszy wynik w historii klubu, który trudno będzie kiedykolwiek pobić.

Nieznacznie gorszy od Kloppa

Pierwsze pucharowe doświadczenia Weinzierl zebrał jeszcze w Augsburgu i poradził sobie naprawdę nieźle. Jego drużyna niespodziewanie wyszła z grupy Ligi Europy, a w fazie pucharowej odpadła minimalnie przegrywając z Liverpoolem (0:1) w dwumeczu. Co było jednak jeszcze większym osiągnięciem trenera, równolegle Augsburg nie spadł z ligi, co już się kilku drużynom rok po niespodziewanym awansie do pucharów zdarzyło, by przywołać tylko 1. FC Koeln czy SC Freiburg. Augsburg dość spokojnie skończył sezon na dwunastym miejscu, mimo że cały czas tracił zawodników promowanych przez Weinzierla. Do bogatszych klubów odchodzili m.in. Matthias Ostrzolek (HSV), Andre Hahn (Gladbach) czy Abdul Rahman Baba (Chelsea). Reuter z Weinzierlem zawsze potrafili stworzyć następców.

Szał na rynku

Powiedzieć, że wokół Weinzierla zapanował taki szał, jak wobec Thomasa Tuchela, gdy po pracy w Moguncji zrobił sobie rok przerwy i był przymierzany do dosłownie każdego niemieckiego klubu, by wreszcie przyjąć zaloty Borussii Dortmund, byłoby przesadą. Faktem jest jednak, że Weinzierl był jednym z najgorętszych nazwisk na rynku. To, że Christianowi Heidelowi, odkrywcy talentów Tuchela i Juergena Kloppa, udało się go przekonać do podjęcia pracy w Schalke, miało oznaczać początek nowej ery w Gelsenkirchen. Augsburg otrzymał za trenera trzy miliony euro, co było jedną z najwyższych kwot zapłaconych kiedykolwiek w Bundeslidze za trenera.

Zwrot akcji

Do tego momentu kariera Weinzierla była ośmioletnim pasmem sukcesów. I to nie jednorazowych wyskoków, tylko na naprawdę solidnie zbudowanych fundamentach. Jahn oraz Augsburg pod jego wodzą stały się klubami, które ustabilizowały pozycje w swoich ligach, znalazły w nich swoje miejsce. Starannie budowana przez osiem lat historia sukcesu runęła jednak w Gelsenkirchen w dwanaście miesięcy.

Wynajem tylko krótkoterminowy

Trudno powiedzieć, co konkretnie nie zagrało. Jak to z katastrofami bywa, złożyło się na to wiele czynników. Sam trener po fakcie przyznał, że powinien był naciskać na wcześniejsze przeprowadzenie transferów. Heidel też był jednak w klubie nowy i zaczął wywracać Schalke do góry nogami. W klubie panował chaos. Nie było jasnych struktur, do których Weinzierl przyzwyczaił się w Augsburgu, bo nowy dyrektor sportowy dopiero je stawiał. Po fakcie trener przyznał, że trzeba było naciskać na szefa, by wcześniej przeprowadzić transfery. Trzech zawodników doszło do zespołu tuż przed końcem okna transferowego. Leon Goretzka i Max Meyer późno wrócili z Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro. Przygotowania były rozbite i odbywały się bez wielu ważnych piłkarzy. A gdy ruszyła liga, Schalke przegrywało mecz za meczem. Wystartowało od pięciu porażek, co było najgorszym początkiem sezonu w historii klubu. Dopiero w tym roku taka seria się powtórzyła. Nowy trener jeszcze nie zdążył się w Gelsenkirchen rozpakować, a już był pod presją. Na powitalnej konferencji prasowej Weinzierl opowiedział anegdotę z okresu, w którym szukał mieszkania w Zagłębiu Ruhry. - Właściciel jednego z mieszkań nie chciał podpisać umowy, bo nie zależało mu na wynajmie krótkoterminowym – zaśmiał się. Okazało się, że właściciel lepiej znał Schalke, niż jego nowy trener.

Zwolnienie po roku

Po koszmarnym starcie drużyna zaczęła wreszcie punktować. W okresie od szóstej kolejki do końca sezonu była już piątym zespołem ligi, co nikogo nie rzuciłoby na kolana, ale prawdopodobnie nie doprowadziłoby do szybkiego zwolnienia trenera. Fatalny początek poskutkował jednak tym, że Schalke po raz pierwszy w tej dekadzie nie awansowało do europejskich pucharów. Doprowadzenie zespołu do ćwierćfinału Ligi Europy niespecjalnie poprawiło notowania trenera. Heidelowi brakowało jasnej koncepcji na boisku. Nie spodobały mu się też komentarze Weinzierla, wypowiadane w mediach, w których podkreślał, że to nie Moguncja tylko Schalke i trzeba sprowadzać lepszych zawodników. Dyrektor sportowy, który wcześniej pracował w FSV Mainz, miał tę uwagę potraktować osobiście i już po jednym sezonie wymienił Weinzierla na Domenica Tedesca.

Nieporównywalna sytuacja?

43-latek stał się nagle pochyłym drzewem, na które łatwo było skakać. Zwłaszcza że Tedesco doprowadził Schalke do wicemistrzostwa i szybko został uznany za bohatera. Weinzierl zwracał uwagę, że ich pracy nie da się porównać, bo jego następca gra na dwóch, nie na trzech frontach, a Heidel po roku w Gelsenkirchen zdołał znacznie bardziej ustabilizować klub i zespół. Nie chciano go specjalnie słuchać. Dopiero początek tego sezonu w wykonaniu Tedesca trochę rehabilituje Weinzierla, bo pokazuje, że każdemu trenerowi może się zdarzyć rozpoczęcie sezonu z Schalke od pięciu porażek i nie trzeba w tym celu być patałachem. Wystarczy mieć pecha, nie trafić z formą i niedostatecznie szybko wkomponować do zespołu nowych zawodników.

Rok rozmyślań

Nie zmienia to jednak faktu, że pozycja Weinzierlu na rynku drastycznie spadła. Przez rok nie był chętny do rozwiązywania lukratywnej umowy z Schalke, więc po prostu czekał. Przymierzano go do Stuttgartu już w styczniu, gdy zwolniono Hannesa Wolfa, podchody pod niego robiły ponoć Hamburg, Eintracht Frankfurt, Dynamo Drezno czy reprezentacja Austrii. Trener jednak konsekwentnie wszystkim odmawiał. Spędzał czas z rodziną, jeździł na staże, był u Pepa Guardioli w Manchesterze City, przyglądał się treningom Watfordu, Werderu, Bayeru czy Gladbach. Szukał asystenta na przyszłość, zmienił agenta. Rozmyślał nad tym, co w ciągu minionych ośmiu lat zrobił dobrze, a co źle. Dopiero w lipcu tego roku rozwiązał umowę z Schalke, stając się samemu panem sytuacji.

Miękkie lądowanie

Na propozycję nie musiał długo czekać. VfB Stuttgart to dla niego dość miękkie lądowanie po niepowodzeniu w Schalke. Klub znacznie większy od Augsburga, ale jednak mniejszy od Schalke. Klub z wielkim, choć uśpionym, potencjałem, z którym można wspólnie rosnąć bez ryzyka szybkiego dojścia do ściany, jak było w Augsburgu. Z drugiej strony klub, który w ostatnich pięciu latach miał dziesięciu trenerów i w którym nastroje są niemal tak samo zmienne, jak w Schalke. Ogólnie jednak rzecz biorąc, dla Weinzierla objęcie VfB na wczesnym etapie sezonu to dobry scenariusz. Zespół, jaki udało się w Stuttgarcie złożyć, ma spory potencjał i można z nim próbować awansować do europejskich pucharów. Weinzierl, podobnie jak Korkut, preferuje szybką, bezpośrednią, zorientowaną bardziej pionowo niż poziomo grę, jednak jest taktycznie bardziej elastyczny. Dla Stuttgartu to też raczej wybór, którego należy gratulować. Udało się znaleźć młodego, choć już doświadczonego trenera, raczej lepszego od poprzednika. Kogoś jeszcze lepszego niż Weinzierl trudno byłoby do Stuttgartu ściągnąć. Obie strony powinny więc być zadowolone.

źródło: onet.pl